|
|
|
|
|
|
x x x
nie złorzecz nie wiń Apollina że ten z Marsjasza obdarł skórę bóg mocny jest i bóg jest bogiem a ten kto bogiem ma naturę srogiego wichru wód wzburzonych ognia błyskawic i płomieni słońca
a człowiek to jest człowiek i źle gdy na ubitej ziemi staje do walki ze swym panem który chociażby nut nie czytał i nie miał słuchu był pniem głuchym to człowiek winien mu w zachwytach pokłony niskie u stóp składać zaś swoją lirę złożyć w skrzyni
nie złorzecz nie wiń Apollina bóg chociaż winny jest bez winy
Staruszka
Coraz częściej zaczynała się gubić W sprawach prostych Nie mówiąc o trudnych
Coraz częściej zaczynała ich nudzić Coraz gorzej skrywały pudry Ślady czasu co żłobił jej ciało Niczym górski strumień piaskowiec
Coraz mętniej patrzyła na życie Coraz rzadziej
ciężar jej powiek chronił oczy przed większym ciężarem czasem lepiej niczego nie widzieć
Śmierć nie mogła spojrzeć jej w oczy W myślach snuła minione życie
***
Moje biurko jest raczej zwyczajne, Zbite z desek i płyty wiórowej, Ma zwyczajną biurkową barwę I zwyczajne półki biurkowe. Coś go jednak wyróżnia od innych Biurek szarych jak szara codzienność. Może to, że go nikt nie opróżnia, Może to, że starzeje się ze mną?
x x x
dziś wczoraj jest bliżej niż jutro
pojutrze nie istnieje
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Nim wejdę w nowe tysiąclecie
Nim wejdę w nowe tysiąclecie barwne jak wielki supermarket, w którym co chcecie, to znajdziecie, gdy macie magnetyczną kartę do bankomatu, co się błyszczy niczym kościoła dach miedziany, nim wejdę w nowe tysiąclecie wspaniałe takie, jak reklamy proszków do prania i margaryn, co mają smak wiejskiego masła, nim wejdę w nowe tysiąclecie słodkie, jak ze słodzikiem ciasta, lekkie, jak sztuczny puch i miłe, jak miła jest owieczka Dolly, w to tysiąclecie wielkiej sztuki na miarę puszki coca-coli... to pragnę chwilę powspominać miniony wiek, minione smutki, a na pamiątkę chcę zatrzymać smak najzwyklejszej żytniej wódki.
Resentymenty
Z rozrzewnieniem będę wspominał Me dzieciństwo, drewnianą procę, Zapach szynki kupionej spod lady W sklepie, w którym tylko był ocet. Smak czekolad czekoladopodobnych, Bladą szarość opakowań zastępczych, Czas gdy każdy ciuch dobry był modny, A dżins polski był strojem odświętnym.
***
to nic że wszystko to nic nic więcej nie chcę prócz tego mojego nic i za nic nic a nic nie dam wam z niego
x x x
i jestem tu i mnie tu nie ma
tandetna proza mdły poemat wszystko a może nic
po głowie biegną głupie myśli noc senna lecz się sen nie przyśni za szybą blady świt
poranek wchodzi nieporadnie jak małe dziecko które kradnie w spiżarce słodki miód
a ja nie wstaję bo i po co
i noc i dzień jest dla mnie nocą czas płynie morzem trwóg i znowu zmrok
po parapecie strumienie deszczu płyną
dokoła cisza wczoraj dzisiaj tak samo dzień mi minął
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Gdybyś była... Mojej żonie Ani
Gdybyś była melodią - bym nucił, Gdybyś deszczem była - bym moknął, Albo snem - to bym się nie obudził I bym kwiatem był - jeśli ty wiosną. Gdybyś była wyznaniem - bym wierzył, Gdybyś była nadzieją - bym czekał, I bym spłonął - gdybyś była płomieniem, A gdy morzem - wpadłbym w ciebie jak rzeka.
***
Moje biurko jest raczej zwyczajne, Zbite z desek i płyty wiórowej, Ma zwyczajną biurkową barwę I zwyczajne półki biurkowe. Coś go jednak wyróżnia od innych Biurek szarych jak szara codzienność. Może to, że go nikt nie opróżnia, Może to, że starzeje się ze mną?
Nasi znajomi z zaświatów
zaglądają przez dziurkę od klucza nasłuchują długo przy ścianie bezszelestnie chodzą na palcach gdy zapala się światło znikają
nic nie mówią nie kaszlą i oddech mają taki że wcale nie słychać
są a jednak ich nie zobaczysz nie powiedzą ci nic gdy zapytasz
pamiętają dobrze te miejsca w których niegdyś często bywali
znają każdą nogę od krzesła każdy rondel kubek czy talerz
i czasami by dowieść nieufnym że są formą bożego bytu zapychają nocą zlew w kuchni lub rzucają sprzętami na strych
x x x
biczem wiatru po twarzy dostaję co rano mróz za gardło mnie chwyta śnieg maskuje drogi i miecz połyskuje - ten sopel złowrogi zawieszony nad głową na głowę mą czyha
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Niezwykłe wydarzenie
Na zapomnianym peronie, Na stacji w Wielgomłynach, Usiadła na ławce dworcowej Doprawdy niezwykła dziewczyna. Widok jej oczu i włosów Ożywił nawet dróżnika, Który w swej budce dróżniczej Nad szklanką kawy przysypiał. Wtem, nie wiadomo dokładnie, Jak to się stało możliwe, Pociąg, co nie był w rozkładzie Przyjechał i zabrał dziewczynę. Zostało po niej wspomnienie Tak krótkie, jak jej spódniczka Oraz chwilowy rumieniec Na czerstwych dróżnika policzkach.
|
|
|
|
|
|
|